Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dniach przy otworach, któremi te stworzenia wychodzą z wody na powietrze, i za ukazaniem się, porywają je i duszą w swych łapach. Ztąd wypływa, że niedźwiedź nie może się obawiać foki.
— Zaczynam pojmować twój zamiar, kapitanie, rzekł doktór; jest on niebezpieczny.
— Ale może się powieść, odpowiedział kapitan, i użyć go należy; przywdzieję skórę foki i będę się posuwał po lodzie. Nie traćmy czasu. Nabij twą strzelbę i daj mi ją.
Doktór nie miał co na to odpowiedzieć; on sam byłby to uczynił, co towarzysz jego zamierzał; wziąwszy zatem dwa topory, jeden dla siebie, drugi dla Johnsona, poszedł do sań z kapitanem.
Hatteras przebrał się za fokę, cały prawie wsunąwszy się w jej skórę.
Tymczasem doktór wsypał do lufy ostatni nabój prochu, przybił go, włożył kulkę merkuryuszu twardą jak żelazo, a ciężką jak ołów. Tak nabitą strzelbę oddał Hatterasowi, który ją ukrył pod okrywającą go skórą.
— Teraz idź do Johnsona, rzekł Hatteras, a ja zatrzymam się trochę, aby zwieść nieprzyjaciela.
— Tylko śmiało kapitanie, rzekł doktór.
— Bądź spokojnym, a nie pokazujcie się aż po strzale.