Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie zmniejszając bynajmniej pojęcia o jego trudnościach.
— Jesteśmy dopiero pod ośmdziesiątym drugim równoleżnikiem, rzekł on, a już grozi nam blizki brak żywności.
— Dlatego też rzekł Hatteras powinniśmy nie tracić czasu. Potrzeba iść dalej, niechaj mocniejsi ciągną słabszych.
— Czy tylko znajdziemy okręt w miejscu wskazanem? odezwał się Bell, któremu trudy podróży mimowolnie odbierały odwagę.
— Dlaczegóż wątpisz o tem? odpowiedział Johnson; od tego zależy ocalenie tego Amerykanina tak dobrze jak i nasze.
Dla tem większej pewności doktór na nowo badał Altamonta, mówiącego już teraz dość łatwo choć głos jego był jeszcze bardzo słaby. Potwierdził on wszystkie poprzednie swe zeznania; powtórzył raz jeszcze, że okręt pochyliwszy się na skałę granitową, nie mógł się ruszyć z miejsca, i że znajduje się pod 120° 15′ długości, a 83° 35′ szerokości.
— Nie możemy już wątpić o prawdzie tego twierdzenia, zauważył doktór, i trudność cała leży nie w znalezieniu okrętu Porpoise, lecz w dojściu do niego.