Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W tej chwili rozległo się w powietrzu zajadłe szczekanie Duka; wychodziło ono z mgły i dochodziło wyraźnie do podróżnych.
— Duk! zawołał Hatteras. Niezadwodnie coś się stało! ja schodzę.
Z massy mglistej dały się słyszeć osobliwe przerażające odgłosy. Duk i psy w zaprzęgu będące szczekały z zajadłością, odgłosy te jednak dziwnie były zmięszane i zbitę w massę huczącą. Widocznie coś tam się stało, bo się odbywała jakaś zacięta walka u samego spodu tej mgły nieprzeniknionej, która poruszała się niekiedy jak fala oceanu podczas walki potworów morskich.
— Duk! Duk! wołał kapitan, zabierając się do zejścia na dół.
— Poczekaj kapitanie, poczekaj, wołał doktór; sądzę że mgła już się rozprasza.
Nie rozpraszała się ona, lecz opadała jak woda uchodząca powoli ze stawu; zdawało się, że wchodzi napowrót tam zkąd wyszła. Błyszczące wierzchołki gór lodowych olbrzymiały ponad nią; inne znowu ukazywały się dopiero jak wyspy nowo powstające. W skutek złudzenia optycznego, zdawało się podróżnym, że wraz ze swemi górami płyną gdzieś w wyższe przestrzenie atmosfery,