Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdyby się ta przepowiednia spełniła, to położenie Forwarda stało by się bardzo trudne. Hatteras postanowił więc posuwać się naprzód; przez resztę dnia tego i przez całą noc następną, nie spoczął ani na chwilę, a wciąż badał widnokrąg perspektywą; nie stracił żadnej sposobności wydostania się z ciaśniny i kazał się okrętowi zapuszczać w każdą niemal między lodami szparę. Ale rano musiał zatrzymać się przed nieprzebytą ławicą.
Właśnie wówczas doktór przyszedł do niego na pomost kapitański. Hatteras odprowadził go na sam tył, gdzie mogli mówić z sobą nie słyszani od innych.
— Jesteśmy zamknięci, rzekł kapitan; niepodobna posuwać się dalej.
— Niepodobna? zapytał doktór.
— Niepodobna. Wszystek proch jaki się znajduje na Forwardzie, nie zdołałby nam pomódz do posunięcia się dalej jak o ćwierć mili!
— Cóż więc poczniemy? rzekł doktór.
— Niewiem. Przeklęty ten rok, stawia nas w takich niekorzystnych warunkach!
— Jeśli trzeba gdzieś zazimować, kapitanie, rzekł doktór, to nam wszystko jedno, tutaj, czy gdzieindziej.