Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wzniesienie utworzone przez sparcie się lodów; to są pagórki; czasem miewają one podstawę głęboko sięgającą w morze. To wszystko ma swe odrębne nazwy, bo trzeba wiedzieć o czem się mówi.
— A jakie to wszystko ciekawe do widzenia! zawołał doktór, patrząc na te cuda mórz podbiegunowych; wyobraźnia niezmiernie jest naprężona, wynajdując podobieństwo do przedmiotów i obrazów.
— Lody te przybierają istotnie nieraz kształty fantastyczne, a ludzie sami tłomaczą je sobie na swój sposób, rzekł Johnson.
— Oto tam, zawołał doktór, przysiągłbyś, że widzisz w tych złamach lodu całe miasto, jakieś dziwne, jakby wschodnie; są. tam meczety z minaretami, oświeconemi bladem światłem księżyca. A tam oto długi szereg łuków gotyckich, przypominających kaplicę Henryka VII-go w Londynie, albo gmach parlamentu.
— To prawda, że tu każdy widzieć może co zechce; ale niebezpiecznie byłoby mieszkać w tych pałacach, wchodzić do tych kościołów; nawet zbliżać się do nich zbyt nie trzeba. Minarety te chwieją się w swych podstawach, a najmniejszy z nich zgruchotałby takiego Forwarda na miazgę.