Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nąwszy zaś raz, można zapłynąć tak daleko, że posuwanie się dalej staje się koniecznością.
— Może to być. Znałem niejednego nieustraszonego awanturnika, którego samo imię strachem przejmowało, a któryby w przedsięwzięciach niebezpiecznych nie był znalazł pomocników...
— Jabym mu towarzyszył, przerwał doktór.
— I ja za panem, doktorze. Przypuszczam, że nasz kapitan jest także takim awanturnikiem. Zobaczymy co dalej będzie. Myślę, że ten dzielny człowiek zjawi się nam od strony Uppernawik, albo zatoki Melville’a; stanie między nami na pokładzie i powie nam, gdzie fantazya jego chce poprowadzić okręt.
— I mnie się tak zdaje, rzekł doktór; ale jak my się dostaniemy do tej zatoki Melville’a? Patrz, lody otaczają nas zewsząd, a Forward ledwie przeciskać się zdoła przez nie. Co to za ogromna płaszczyzna!
— W języku wielorybników nazywa się to Polem lodowem, a jego granic oko dojrzeć nie może. A tu oto jest część tego Pola; potrzaskane kawały te lodu jedne są okrągłe, inne podłużne. Tamte znów pływają odosobnione; gdy są wyższe, zwiemy je górami lodowemi; zetknięcie się z niemi bardzo jest dla okrętu niebezpieczne. A tu oto