Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wskazywał obroty, jakie w takim razie najwłaściwsze były dla statku.
Noce były krótkie. Od 31-go stycznia słońce widzialne było przez odbicie, i utrzymywało się na widnokręgu coraz dłużej. Śnieg jednak mroczył to światło blade; ciemność wprawdzie nie była zupełna, podróż jednak niemniej była mozolna.
Dnia 21-go kwietnia ujrzano wśród mgły przylądek „Strapienia.“ Osada była spracowaną, bo od wejścia brygu między lody, majtkowie nie mieli ani chwili spoczynku. Trzeba było używać pary do pomocy, dla torowania sobie drogi między nagromadzonemi wielkiemi lodu kawałami.
Podczas gdy Shandon poszedł spocząć na parę godzin, doktór rozmawiał z Jonhsonem na tyle okrętu. Doktór lubił z nim mówić, bo jego liczne podróże zbogaciły umysł jego w tym kierunku, a rozmowa z nim była nauczającą i zajmującą. Clawbonny coraz więcej przywiązywał się do żeglarza, a żeglarz oddawał mu to przywiązanie z procentem.
— Patrz pan, panie Clawbonny, rzekł Johnson, ten kraj nie jest podobny do innych. Nazywają go Ziemią Zieloną, ale nazwa ta przystoi mu przez kilka tylko tygodni w ciągu roku.