Strona:Juliusz Verne-Hektor Servadac cz.2.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ziemi. Zasiany w należytym czasie, grunt ten wydałby dostateczną dla wykarmienia wszystkich ilość zboża i paszy. Przed powrotem zimy odbyłaby się kośba i żniwo. Żyłoby się na wyspie szerokiem i zdrowem życiem myśliwych i rolników. Za powrotem zimy znówby wrócono do życia troglodytów w komórkach góry ognioziejnej. Rój pszczół gallickich wleciałby do ula Niny, aby tam przepędzić długą i ciężką porę zimową.
Tak, koloniści schowaliby się do swego ciepłego mieszkania! Jednakże, czyżby nie robili jakich odległych poszukiwań w celu odkrycia kopalni paliwa, jakiegoś pokładu węgla łatwego do dobywania? Nie staraliżby się zbudować na samejże wyspie Gurbi jakiegoś mieszkania bardziej wygodnego, bardziej zastosowanego do potrzeb kolonii i do klimatycznych warunków Galii?
Zrobiliby to z pewnością. Próbowaliby przynajmniej, ażeby uniknąć tego długiego uwięzienia w pieczarach Ziemi Gorącej — uwięzienia smutniejszego jeszcze pod względem moralnym, jak pod fizycznym. Potrzeba było być Palmirynem Rosette, zagłębionym w swoich rachunkach, ażeby nie czuć ważnych stron ujemnych tego życia, aby chcieć zamieszkać w tych warunkach na Galli ad infinitum!
Zresztą straszliwa ewentualność groziła ciągle mieszkańcom Ziemi Gorącej. Możnaż było twierdzić na pewno, że nie zjawi się ona w przyszłości. Możnaż było utrzymywać nawet, że nie nastąpi to przedtem, zanim słońce wróci komecie ciepło, potrzebne do tego, by można było żyć na nim?