Strona:Juliusz Verne-Hektor Servadac cz.2.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ziemi nie mogłoby się obejść bez nadzwyczajnych trudności, bez niebezpieczeństw niezwyczajnie straszliwych. Ale o tem można było później myśleć, gdy stosowny czas nadejdzie.
Tak więc hrabia kapitan Servadac, porucznik Prokop, nabierali coraz więcej pewności ujrzenia swoich bliźnich na ziemi w stosunkowo krótkim czasie. Nie potrzebowali więc zajmować się gromadzeniem zapasów na przyszłość, uprawiać, gdy przyjdzie ciepła pora roku, żyznych części wyspy Gurbi, zachowywać rozmaite rodzaje zwierząt, czworonogów i ptactwa, które przeznaczali przedtem na rozrodzenie świata zwierzęcego na Gallii.
Ale ileż razy rozmawiali o tem, coby też należało im robić dla uczynienia swego asteroidy mieszkalnym, gdyby na nim musieli na zawsze pozostać. Ile projektów do wykonania, ile robót do podjęcia, ażeby zapewnić istnienie tego małego grona istot, które zima przeszło dwudziestomiesięczna czyniła tak zależnem!
Najbliższego 15. stycznia kometa miał stanąć na najdalszym punkcie wielkiej osi, to jest w punkcie odsłonecznym (aphelie). Przeszedłszy ten punkt, kometa miał powracać ku słońcu ze wzrastającą szybkością. Dziewięć do dziesięciu miesięcy miało upłynąć, zanimby upał słoneczny wyzwolił morze z lodów i ziemię uczynił rodzajną. W tym to czasie Dobryna i Hanza przewiozłyby ludzi i zwierzęta na wyspę Gurbi. Ponieważ lato gallickie miało być krótkie, choć bardzo gorące, zabranoby się więc bystro do uprawy