Strona:Juliusz Verne-500 milionów Begumy.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wistocie, Herr Schultze przemówił dalej:
— Powiedziałem już, że niezadługo stanowcza próba się odbędzie.
— Jak? gdzie? — zawołał Marceli.
— Jak? Jednym z tych granatów, który wyrzucony przez armatę moją na platformie, przebędzie łańcuch Cascade-Mounts!.. Gdzie? Na miasto, odległe od nas co najwyżej o dziesięć mil, miasto, które nie może spodziewać się tego gromu; a chociażby się nawet spodziewało, nie mogłoby się uchronić od piorunujących następstw jego. Mamy dziś 5 września... A zatem 13-go, o czterdzieści pięć minut na dwunastą wieczorem, Miasto-Francya zniknie z amerykańskiej ziemi! Będzie to nowy pożar Sodomy! Profesor Schultze z kolei ciśnie wszystkie ognie niebios na ziemię!
Na tę niespodzianą wiadomość wszystka krew Marcelego zbiegła mu do serca. Na szczęście, Herr Schultze nie spostrzegł, co się z nim działo.
— Tak! — mówił dalej swobodnym tonem. — My tutaj robimy rzeczy wprost przeciwne temu, co czynią wynalazcy Miasta-Francyi. My szukamy tajemnicy skrócenia życia ludzkiego, podczas kiedy oni szukają sposobu przedłużenia go. Ale ich dzieło jest skazane na zagubę, a ze śmierci, którą my zasiejemy, ma powstać życie. Jednakże wszystko w przy-