Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


towej u siebie w Gdańsku. I to natychmiast. Idź już i wrzuć. Doczytasz później. Czyś już poszedł? Idźże prędzej, synu Ali Baby i czterdziestu rozbójników!
Przekonany jestem głęboko, żeś jeszcze nie poszedł, a sterczysz w miejscu, jak kołek, i czytasz dalej.
— No, trudno — zawsze byłeś uparty i robiłeś mi na złość.
Żeby Cię żądze ciekawości nie kąsały i żebyś wykoncypował sobie nareszcie, o co chodzi, podaję Ci treść mojego listu do ojca:
„Kochany Ojcze! Gdy czytać będziesz ten list, ja znajdować się już będę zapewne na pokładzie statku, idącego na morza dalekie. Pamiętasz zapewne naszą ostatnią rozmowę o wstąpieniu mojem do Szkoły Morskiej, gdyś oświadczył kategorycznie, że nigdy nie dopuścisz do tego, by syn Twój był marynarzem. Że o innej dla mnie myślałeś karjerze, że chciałbyś, bym został prawnikiem, inżynierem, dyplomatą, księdzem chociażby, zaś nigdy marynarzem!
„Ja kocham morze i bez niego obyć się nie mogę. Proszę Cię więc gorąco o pozwolenie wstąpienia do Szkoły Morskiej.
„Za dwa dni zatelefonuje do Ciebie mój pośrednik i zapyta, czy zgadzasz się, czy nie.
„Jeśli się zgodzisz, wracam natychmiast do domu.