Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odczuwać daje zarówno na Maderze, jak i na wyspach Azorskich. Próbowano puszczać w obieg złote polskie, lecz bezskutecznie; szlachetni Portugalczycy i niemniej szlachetni murzyni, których tam nie brak, pogardzali pieniądzem, nadewszystko ceniąc sobie mydło. Ten wstręt do pieniędzy nie obejmował jednak wszystkich walut; ani ja, ani żaden z moich kolegów nie widział nigdy, by Portugalczyk odtrącił wyciągniętą dłoń z dolarami i zawołał:
— Soap (mydło)!
Wyzyskiwano nas w tym handlu do ostatnich granic, to też w kilka minut owocowy zapał ostygł, i na kuszące wołanie: „Fructos, signor, fructos!“ do szalup nie leciały już ani buty, ani ponętne kawały mydła, lecz najczęściej skórki bananów, pestki i łupiny orzechów kokosowych, które tę mają właściwość, że rzucone zgóry na głowę sprzedawcy, sprawiają mu dotkliwy ból. Jeszcze chwil parę brzmiały syrenie głosy: „fructos, signor, soap, signor!“ aż umilkły i szalupy handlarzy odpłynęły od burty „Lwowa“.
Można się teraz było rozejrzeć wokoło.
Wyspa Madera od strony morza wygląda, jak potężna, zielonością pokryta góra, wynurzająca się z fal oceanu. Na wierzchołku tej góry jaskrawo odbijają się zielonością od błękitu południowego nie-