Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chwili objęcia służby, rozlega się w międzypokładzie gwizdek służbowego bosmana trzeciej wachty i jego zlekka zachrypły głos: Na górę, na modlitwę!
Wszyscy wychodzą na pokład i ustawiają się wachtami w dwuszeregu po sterburcie.
— Czapki zdejm — rozlega się znowu głos bosmana.
Z szumem bałwanów i łopotaniem żagli miesza się pieśń modlitwy i płynie na spienionych wierzchołkach fal, leci wraz z wiatrem gdzieś, hen, w bezkresną dal, gdzie modra płaszczyzna wzburzonych wód styka się z niebem.
— Pooo modlitwie!
Czapki wchodzą na głowę.
— Baczność!
Przed szereg wychodzi komendant. Bystre spojrzenie z pod daszka czapki. Salutuje.
— Cześć, uczniowie!
— Cześć, panie komendancie! — rozlega się grzmot odpowiedzi.
Komendant znów salutuje odchodzi na rufę.
— Dooo bandery!
Zwrot w lewo i oczy utkwione we wznoszącą się na flag-linie do gafu bezani czerwonobiałą banderę.
Cztery podwójne uderzenia w dzwon — ósma godzina.