Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Z fal oceanu wynurzało się słonce.
Pobladły, zmatowiały gwiazdy i rozpłynęły się w przestworzach. Na widnokręgu ukazało się słabe, zpoczątku białe, później silniejsze, jaskrawsze, czerwone światło, podpełzło bliżej, zamieniło czarny kolor powierzchni wód na stal i, zbłękitniwszy niebo, ukazało na jego tle ostre zarysy masztów i żagli „Lwowa“.
Po chwili, gdy połyskujące stalowo fale zaczęły się mienić lazurem, tam, hen, na linji, gdzie niebo się styka z długim, woddali ginącym sznurem pagórów wodnych, ukazało się słońce i szybko zaczęło sunąć wgórę ku zenitowi, zatracając w swej wędrówce czerwony kolor, a przybierając gorąco-biały blask.
Nad oceanem wstawał dzień.
Gdy dzwon okrętowy wybił godzinę siódmą, z grota luku w mroku międzypokładu spłynął śpiewny głos oficera wachtowego: Dyżurny międzypokładu!
Wśród zbitej masy wiszących przy pułapie ha-