Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


można na ciebie liczyć, ty kłamliwy mężu czterdziestu tysięcy czarownic?!
Trzeba się było na coś zdecydować — umierać z głodu na strychu zamiaru nie miałem.
Postanowiłem sam się wydostać z niewoli. Walizkę porzuciłem w miejscu, gdzie leżała, a sam tyłem czołgać się począłem w ciemnościach do skraju podstryszka. Dolazłem. Nogi moje zwisły w próżni. Zaraz pode mną znajdowały się strome schody, prowadzące nadół. Okalała je barjerka, na której chciałem stanąć, żeby nie robić głośnych skoków po strychu i nie budzić mieszkańców. Zawsze szanowałem sen ludzki. Poświeciłem latarką. Zaświeciła mdłem światełkiem i zaraz zgasła, — baterja się zużyła podczas moich walk z kocim nierządem. — Cholerra! — zakląłem w duchu, nagłos bowiem bałem się. Ten krótki błysk latarki wystarczył mi jednak do określenia miejsca, w którem się znajdowała barjerka. Obliczyłem, że, jeżeli zwisnę na ręku, trzymając się za skraj podstryszka, to nogami dosięgnę barjerki.
Powoli zaczynam zwisać, macając nogami w ciemności. Ot, tutaj, pod lewą nogą powinna być barjerka, a tu na prawo przede mną, według obliczeń, stoi słup, za który się przytrzymam, gdy stanę na barjerce.
No, hop!