Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjście kolegi Stefana i uwolnienie moje z tego parszywego strychu.
Cały ten dzień deszcz lał, jak z cebra, tak, że dosłownie zaczynałem pływać, jak okręt, rozbijając się od czasu do czasu o skały podwodne szkła, którego tam, jak wspomniałem, braku się odczuwać nie dawało. Jak i poprzednio, dnia tego zasnąć, mimo tytanicznych wysiłków, nie zdołałem.
Z nastaniem nocy zacząłem nasłuchiwać.
Już o dziesiątej godzinie cały dom spał snem kamiennym. Cisza panowała śmiertelna, przerywana tylko tradycyjnym chlupotem deszczu.
Nafosforyzowana wskazówka mojego zegarka minęła północ, minęła godzinę pierwszą i zbliżać się zaczęła do godziny drugiej. Zmieniłem się cały w słuch. Wszystkie moje uczucia, myśli i pragnienia skoncentrowały się w uchu. W rozgorączkowanym mózgu brzmiała wspaniała arja Torreadora: Torreador... Torreador... śmia... ło... rzuć... się... w... w bój — pukało pośpiesznie serce.
Minęła godzina druga, a na dworze było cicho, jak w mogile. Minęła trzecia i żaden odgłos nie zamącił monotonnego chlupotu deszczu. Rozpacz mnie porwała.
Ach, ty wuju wielbłąda, pomiocie tchórzliwego szakala — myślałem gniewnie o Stefanie — tak to