Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bladych śmiertelnie warg można było zrozumieć ich znaczenie.
— Morze, morze moje umiłowane — drgały napół martwe wargi — kochałem ciebie zawsze, od lat swych dziecinnych kochałem, kocham teraz i kochać będę zawsze. Kocham twe fale szumiące, pieniste, po których od dalekiego, z pochmurnem niebem stykającego się widnokręgu, idzie do mnie śmierć. Po pienistych, białośnieżnych, szumiących grzbietach pian idzie śmierć… śmierć…
Drgnęły po raz ostatni blade wargi i znieruchomiały.
Znieruchomiały na wieki.
Podszedłem do masztu z zawieszonym na nim brudnym ręcznikiem i opuściłem go do połowy wysokości drąga.
Spojrzałem na kolegów. Stali na baczność.
Pierwsze promienie słoneczne wstającego dnia wdarły się do ubogiej izdebki, oświetliły niedokończony, pękaty kadłub krążownika „Nadzieja“, wybieliły brudny ręcznik-banderę, opuszczony na znak żałoby do połowy masztu, i ześlizgnąwszy się po łóżku na twarz zmarłego, złożyły cichy pocałunek na krótkowzrocznych, na wieki zamkniętych oczach „Admirała“.