Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tym razem w rozszerzonych nienaturalnie, krótkowzrocznych źrenicach umierającego malowała się bezgraniczna radość i zachwyt.
— Morze… — dał się słyszeć słaby, przerywany szept — widzę ciebie, morze bezmierne. Widzę Twe płaszczyzny rozległe wód modrych, biel śnieżną twych pian widzę. Lazury niebios, okrywających ciebie, nad sobą czuję. Twe fale, w księżyca poświacie stalą lśniące, widzę. Sznury pagórków wodnych, woddali za widnokręgiem ginących widzę. Czuję, rozumiem ich rytm tajemny, słyszę ich szmer cichutki, gdy łagodnie piasek wybrzeży pieszczą bielą pian. I wichry morskie słyszę, pieśń swą odwieczną nucące. I krzyki żałosne mew słyszę. Czemu tak żałośnie zawodzicie, mewy białopióre? Czy orkan straszliwy idzie z zachodu? Czy tajfun z południa zagładę niesie? Czy wiatr północny burzę ciemną rozpęta? A może śmierć czujecie, mewy? Powiedzcie, mewy białopióre!
Szept stawał się coraz słabszy, zacichał coraz bardziej.
Monotonnie tykający zegar odliczał ostatnie minuty życia „admirała“.
Poruszyły się jeszcze stygnące już usta umierającego. Słów słychać nie było; z samego tylko ruchu