Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uprzejmie — będzie to nawet wielką ulgą dla mnie — gdyż przynajmniej przez czas pańskiej wizyty będę pewny, że nie porąbie kredensu lub jakiej szafy.
Wychodząc już na ulicę, słyszałem z kuchenki „admirała“ dźwięk piły i stuk młota. To budował się krążownik „Nadzieja“.
Wyjechawszy do Szkoły Morskiej, prowadziłem korespondencję z panem Alfjanem.
W listach jego, listach upiornych, nieprzytomnych, jak refren jakiś straszliwy, przewijały się ciągle dwa motywy: morze i miłość, miłość i morze. Kojarzyły się ze sobą, łączyły nierozerwalnie. W ostatnich swych listach donosił, że czuje się niezdrów, a to z powodu „morskiej choroby, na którą, jak wiadomo, zapadał nawet admirał Nelson…“
Po ponownym przyjeździe do Warszawy byłem z kolegami u pana Alfjana.
Trafiliśmy akurat na „bal młodych marynarzy torpedystów“. Wśród wrzawy, śmiechu i dzikich okrzyków, brzmiał cicho i jakby nieśmiało, bolesny, z trudem hamowany kaszel „admirała“. Poznaliśmy wówczas, jaka to „morska choroba“ trawiła pana Alfjana.
Skończył się urlop i poszliśmy w długie, półroczne pływanie.