Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rynarzem. Gorąco pragnął. Wprost nie wyobrażał sobie stałego życia na lądzie. Rwał się do morza. Z biegiem czasu pociąg ten stał się tak silny, że przeszedł nieomal w manję. Bredził morzem. Ach nie, nie myśl pan, proszę, że już wtedy zaczął być nienormalny. Broń Boże! Było to tylko jakieś ponad zwykłą miarę silniejsze pragnienie. Nic poza tem. Jakaś tęsknota, jaką odczuwa, dajmy na to, dziki człowiek, porwany z dziewiczych puszcz i uwięziony w mieście.
U brata mego było oczywiście uczucie innego nieco rodzaju, gdyż urodził się on i wychował na lądzie stałym, daleko nawet od morza. Tutaj był to raczej jakiś rozrosły do gigantycznych rozmiarów atawizm. Przynajmniej ja to tak sobie tłumaczę. Bo widzi pan, wszyscy przodkowie nasi byli marynarzami.
Pragnął więc brat gorąco zostać marynarzem. Pragnienie to spotęgowało się jeszcze stokrotnie, gdy zakochał się po raz pierwszy. Ukochana jego też miała bzika na punkcie morza.
Oczywiście, w innym zupełnie kierunku szły jej pożądania. Pragnęła mieć męża marynarza.
Tak też powiedziała Alfjanowi. Jeśli będzie marynarzem, zostanie jego żoną.
Zdawałoby się, że wszystko zapowiada się jak