Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


najlepiej. Ona chciała widzieć Alfjana marynarzem, stokroć więcej pragnął tego on sam.
Płynęły lata, brat kończył gimnazjum, i nikt z nas nie przeczuwał okropnego uderzenia losu, którego jednak spodziewać się należało i zawczasu mu zaradzić.
Sedno nieszczęścia, proszę pana, leżało w pewnej wadliwości organizmu mego brata, odziedziczonej po matce. Matka nasza była krótkowzroczna. Wada ta w latach dziecinnych mego brata nie występowała wcale. Poprostu, mając słaby wzrok, nie odczuwał tego. Na początku zresztą było to bardzo małe osłabienie ostrości wzroku. Później wszelako, przygotowując się intensywnie do egzaminów maturalnych, ślęcząc nocami nad książką, byle tylko zdać egzamin i prędzej zrealizować marzenia lat dziecinnych, wstąpić do Oficerskiej Szkoły Morskiej — popsuł doreszty wzrok.
I oto, gdy z szaloną radością w sercu, że nareszcie zaczynają się ziszczać sny jego młodości, stanął na badanie przed lekarską komisję morską, zapadł druzgocący wyrok: niezdolny do służby morskiej z powodu krótkiego wzroku.
Zrozpaczony, złamany nieszczęściem, napół już obłąkany od bólu, wrócił do domu i tu czekał go drugi zabójczy cios: kobieta, którą kochał nad ży-