Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Admirał“ robił honory pana domu.
Posadził damy na łóżku, a nas i owych rzezi
mieszków w kraciastych spodniach poustawiał pod 
ścianami.
Tłok się uczynił przeraźliwy, część towarzystwa
 zostać musiała na korytarzu z powodu braku miejsca.
Gospodarz wystąpił na środek i zasalutował:
— Cześć marynarze! Dzień dobry przyjaciółki i przyjaciele „Szkoły Morskiej“!
Rozległ się grzmot śmiechu.
— Servus, głupi, jak się czujesz! — wrzasnął ja
kiś cywil, huknąwszy admirała pięścią między łopatki.
— No, no, proszę, proszę — skrzywił się „admirał“ — proszę o spokój.
Wytworne towarzystwo na chwilę zamilkło.
Pan Alfjan przeczekał, aż przebrzmiały ostatnie, 
 słaboperliste, mętne kaskady śmiechu podejrzanych 
dziewoj, siedzących na łóżku i, poprawiwszy oku
lary, wzniósł uroczyście rękę do góry:
— „Marynarze, bracia moi i wy, przyjaciele marynarzy, zebrałem was tutaj, aby zapoznać z postępem robót polskiego krążownika „Nadzieja“. Oto on. Krążownik „Nadzieja“. Pracuję już nad nim pięć 
lat, rąk nie pokładając, nie sypiając po nocach i nie