Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tam się znajduję. W Gdańsku też szukać mnie będą rozmaite Sherlocki Holmesy i inne Pinkertony, najęte przez ojca. Niech szukają. Szukajcie, a znajdziecie, powiada przysłowie; zobaczymy, czy w tym wypadku się sprawdzi. Niezawsze przysłowia się sprawdzają.
No, bądź zdrów, Zydziu, kończę już ten przydługi list. Całuje Cię, spluwając z obrzydzeniem.

Twój szczery przyjaciel Jurek.

P. S. Nie piszę Ci, gdzie będę przebywał, abyś, wzięty na śledztwo i bity mocno po gębie, przysiąc mógł na brodę Mahometa, że naprawdę nie wiesz, gdzie jestem.

***

Śniłem cudny sen. Sen o morzu. Wizja jego fal, toczących swe ogromne cielska o białych kędzierzawych grzbietach pian po modrej, bezmiernej, na horyzoncie z błękitem nieba się stykającej płaszczyźnie, prześladowała mnie już oddawna. Urodzony nad brzegami morza Czarnego, pokochałem lazury niebios i wód mórz południowych. Gdy w następnych latach mego życia ujrzałem po raz pierwszy Bałtyk, przekonałem się, że nie jest on tak szary, jakim go opisują, i niebo nad nim też nie jest zawsze pochmurne. Pokochałem też morza północy.