Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/547

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Aż kiedy bliżéj fala je przyniosła,
Sercu znajomy widok się odsłoni:
To dzicy płyną! — Oszumione wiosła
To się zanurzą, to z głębi wydźwigną,
Snują się łodzie, a fala szeleszcze,
I w srebrnéj piany rozpryska się deszcze,
Ani ich ptaki w polocie prześcigną,
Bo dla nich morze to ojczyzna druga,
A od dzieciństwa zabawą: żegluga.

VIII.

Lecz któż najpierwszy tak lekki w poskoku
Z fal jak Nerejda wypluska na piaski,
O ciemnéj twarzy, o wilgotném oku,
W którém miłości i nadziei blaski?
Neuha! ta tkliwa, ta wierna, ta stała,
Na pierś Torkwila jak strumień się zwiała.
Śmieje się, płacze — bliżéj się nagięła,
Jakgdyby jeszcze przekonać się chciała,
Że to doprawdy jego uścisnęła.
Z razu się wzdryga, gdy rany obaczy,
Widząc, że lekkie, znów się uśmiechnęła,
Bo do takiego widoku przywyka
Już od dzieciństwa córka wojownika...
Czuje żal, litość, lecz nie zna rozpaczy.
Jéj Torkwil żyje! Już losy i wrogi
Nie zdolne chwili zamącić tak błogiéj.
Radość w jéj płaczu, radość w jéj westchnieniu!
Radością tętni każde serca bicie!
I błogość rajska w każdém wionie tchnieniu
Dziecka natury, w natury zachwycie!

IX.

I harde dusze to spotkanie wzrusza,
Bo serce serca do współczucia zmusza;
Aż się rozczulił Chrystjan tym widokiem,
I patrzał na nich, choć nie łzawém okiem,
Ale z tą dziwną radością posępną,
Co i dla gorzkich myśli jest przystępną,
Gdy, choć już szczęście pierzchło nakształt tęczy,
Jeszcze z dni lepszych pamiątka się wdzięczy.
„A ja!“ — wykrzyknął, i oczy odwrócił,
Chmurny, milczący, lecz jeszcze raz rzucił