Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/507

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Lecz mniejsza o to: — kto tylekroć czoła
Nadstawił śmierci, ten zadrżeć nie zdoła.

XIV.

„Wracam do zmysłów — cóż to? skądżem cały
Tak odurzony — tak zimny — skościały?
Słabe, leniwe serca mego bicie
Powolne w ciele mém rozbudza życie:
Gdy wtém ból straszny nagle krew mi całą
Na wstecz odlunął, choć zimną, stężałą.
Dziwny szum, szelest bije mi o uszy
I jakiś mroźny przestrach czuję w duszy.
Widzę nakoniec — lecz cóż mi to oczy
Jakąś powłoką, grubą, szklaną mroczy?
Może ja marzę jaką wód nawałę...
W głębi pod sobą widzę niebo całe,
Jasne gwiazdami. — Nie! — sen mię nie zwodzi!
Dziki mój rumak w dzikszych wałach brodzi.
Szerokiéj rzeki lśniące się bałwany
Szumią białemi warzące się piany.
Pół ja dopiéro byłem przebrnął rzeki,
Od nieznanego brzegu tak daleki.
Czuję, żem ożył, że silniejszy jestem,
Zimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzestem.
Dzielny mój rumak, śmiało i zuchwale,
Piersią rosnące wciąż przecinał fale,
Płynął, aż wreszcie całą szerz ich przebył,
Lecz brzeg ten dla mnie portem szczęścia nie był,
Gdyż wszystko za mną mgłą się kryło ciemną,
A noc i przestrach czerniły przedemną.
Nie wiem, jak długo i czy w nocy, we dnie,
Te między życiem i śmiercią pośrednie
Trwały męczarnie. — W stanie, w którym byłem,
Zaledwiem wiedział, że na świecie żyłem.

XV.

„Z ciekącą grzywą, lśniąc się, kurząc cały.
Silił się, parskał rumak zadyszały,
Chwiał się, a przecież potężnemi kroki
Wdzierał się na brzeg stromy i wysoki.
Wdarł się nakoniec. — Przestrzeń nieprzejrzana
Szerzy się, grozą i nocą zalana,