Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/506

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jeszczem nie zbadał uczuć mych przyczyny,
A już te czucia zmieniały się w czyny;
Cóż więc dopiéro, gdy się zlały w duszę,
Gniew, przestrach, wściekłość i wszystkie katusze,
Głód, zimno, nędza, boleść tak samotna,
I straszne pęta i nagość sromotna.
Byłem ja przytém z takiego plemienia,
Którego krew się łatwo rozpłomienia,
A taką rozkosz w pomście krzywdy czuje,
Jakby grzechotnik w chwili, kiedy kłuje.
Nie dziw, że ciosów wytrzymawszy tyle,
Pień ten się zachwiał i upadł na chwilę.
Ziemia się gięła pod końskich nóg grzmotem,
Chmury mi wstecznym uciekały lotem,
Zdało się, żem miał już na ziemię runąć,
Lecz dla pęt moich nie mogłem się zsunąć,
Serce pękało — skroń głazem ciężyła,
Krew w niéj chwilami biła, znów nie biła,
Nieba się wielkiém kołem obracały,
I jak pijane drzewa taczać zdały.
Jakiś błysk ciągle z pod mych tryskał powiek,
I znów ciemniało — konający człowiek
Bardziéj nie kona, niźli ja konałem.
Bity, miotany konia mego szałem,
Czułem, jak czarna już mię noc pokrywa,
I znów czasami z oczu moich spływa.
Chciałem się mocą duszy mojéj cucić,
Lecz już nie mogłem zmysłom życia wrócić.
Byłem ja w stanie morskiego rozbita,
Co się w ostatniéj burzy deszczki chwyta,
To się z nią wznosi, to znów w wałach ginie,
A wiatr go pędzi w wielką wód pustynię.
Drżące mu życie było jak te liczne,
W głęboką północ światła fantastyczne,
Które w malignach wzlatają przed nami,
A z zamkniętemi widzim je oczami.
Lekka to boleść w krótkiéj przyszła dobie:
Lecz sroższy po niéj czułem zamęt w sobie,
Bałbym się, przyznam, doznać tak straszliwéj
Męki, boleści przy śmierci prawdziwéj,
A przecież myślę, że człowiek przy zgonie
Więcéj wycierpi, nim duszę wyzionie;