Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/488

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Myśląc, że może dusza mego brata
Przyszła z tamtego odwiedzić mię świata,
Kiedy wtem skrzydły zerwał się płochemi,
A ja poznałem, że był ptakiem — ziemi!
Brat-by mię nie był tak srodze zasmucił,
Ni tak podwójnie samotnego rzucił.
Byłem samotny — jakby trup na marach,
Samotny — jak ta chmurka drobna, sina,
Co się tam błąka tak sama — jedyna
Po niezmierzonych błękitu obszarach.
Jedyna zmarszczka na czystym lazurze,
Powiewna plamka na świetném sklepieniu,
Co Bóg wie, po co czerni się tam w górze,
Gdy ziemia w kwiatach, a niebo w promieniu.

XI.

Doznałem wreszcie w losie moim zmiany.
Wzruszył dozorców stan mój opłakany.
Nie wiem dlaczego, gdyż od lat tak długich
Przywykli patrzéć na nieszczęścia drugich.
Pozostał, jak był, łańcuch mój skruszony,
I tak mi wolność nadano chodzenia;
Z jednéj do drugiéj przebiegałem strony,
I wzdłuż i w poprzek całego więzienia;
Gdzie tylko było stąpnąć mi podobna,
Wszystkom to schodził — każdy słup okrążył,
I wszystkie razem i każdy z osobna,
I znów się zwracał i na nowo dążył;
Strzegąc się tylko, abym stopy memi
Grobowéj braci nie nadepnął ziemi;
Na tę myśl bowiem tak okropną, srogą,
Że stopa moja groby ich bezcześci,
Ciężki się we mnie oddech ścinał trwogą,
Serce drętwiało — pękało z boleści.

XII.

Wybiłem wschody długiém w murze kuciem,
Ale nie na to, bym uciekał niemi;
Gdyż kto mnie tylko ludzkiém kochał czuciem,
Zdawna już, zdawna w zimnéj więdniał ziemi.