Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/445

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdy płazy, ptaki, całe zwierząt stada,
Wszystko na zwłoki obnażone wpada,
Wszystko człowieka swoim mieni łupem,
Wszystko nad jego raduje się trupem.

XVIII.

Jest tam świątynia, co się z wieków wali,
Nikt już nie pomni tych, co ją stawiali.
Sterczą trzy słupy wśród głazów rozbitych,
Gruzów, marmurów już zielskiem pokrytych.
Tak to czas wszystko w swoim niszczy pędzie,
Zburzył, co było, i zburzy, co będzie;
Tyle on tylko zwalisk nam zostawił,
By w téj przeszłości przyszłość nam objawił.
Cośmy widzieli, to znów nasze syny
Będą widziały — gruzy i ruiny,
Szczęty dzieł wielkich i tych głazów łomy,
Które śmiertelnik wznosi tu poziomy.

XIX.

Na jednym z słupów tych Alp siada, marzy,
Dłoń swoję zwolna przeciąga po twarzy,
Jakby bolesném wspomnieniem ciśnięty,
Siedzi myślący i ku ziemi zgięty,
Głowę swą spuszcza na pierś wrzącą żarem,
Na walnych uczuć ciśnioną ciężarem.
Wciąż on palcami szybko bieżącemi
Stuka po czole, a tak bije niemi,
Jak gdy z klawiszów wyrywane dźwięki
Pędzą pod lotem artystycznéj ręki,
Która dopóty miesza je bezładnie,
Aż wreszcie na ton zamierzony wpadnie.
Ciężko mu, smutno, wśród téj nocnéj ciszy...
Lecz cóż to? — wiatru-że on dęcie słyszy?
Wiatr-że to świszcząc przez głaz wydrążony,
Tak rzewniącemi odzywa się tony?
Wznosi twarz nagle — patrzy się po morzu...
Najmniejszéj zmarszczki na całém przestworzu.