Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/398

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Czoło coraz wyraźniéj marszczki mu zorały,
Ślad przeszłych namiętności; niedbałość pochwały,
Zimna postać, chód pewny, gdy oczyma ciskał,
Dumą, lecz już nie ogniem lat młodzieńczych błyskał.
Wzrokiem bystrym, któremu żaden wzrok nie sprostał,
Drugich myśli do razu aż z głębi wydostał.
I szczypiąca języka lekkość, jaką bawił,
To żądło serca, które wprzódy świat zakrwawił;
Co zwykle, grając humor wesela udany,
Rani tych, co nie radzi przyznać się do rany.
Wszystko to w nim i jeszcze coś w nim więcéj było,
Czegoby głos nie wybrzmiał, oko nie wykryło.
Honory, sława, miłość, cel społeczny ludzi,
Jaki niewielu zgoni, w wielu żądze budzi;
Zda się, że z piersi swojéj wszystkie wygnał szały,
Choć widać, że niedawno jeszcze nią wstrząsały,
I jakieś czucie, czego usta nie wyrażą,
Czasami przełyskało nad wybladłą twarzą.

VI.

Zapytań o przeszłości słuchać nie ochotny,
O krajach, ziemiach, które przebłądził samotny,
O cudownych pustyniach, stepach, co zwędrował,
Nic nie mówił, jak gdyby na to słów żałował.
Wszakże czasem, być może skutkiem nieuwagi,
Rozpowiadał podróżne dzieje małéj wagi.
Lecz gdy drugich ciekawość ostrzyła ta mowa,
Spostrzegał się i rzucał coraz rzadsze słowa;
Zbyt śledczo badających skroś okiem przenikał,
Wnet mu czoło ciemniało i usta zamykał.

VII.

Choć przyjazd Lary żywéj radości nie budzi,
Przecie żądanym gościem był dla ciżby ludzi.
Wysoko urodzony, szczodry, z obyczaju,
Wiązał się ze wszystkiemi magnatami kraju.
Czasem licznił ich tłumne uczty i zabawy,
I widział ich uśmiechy i nudzące wrzawy;
Tylko widział, bo Lara sercem nie podziela
Gminnéj, powszechnéj troski, wspólnego wesela.
Lara za tém nie goni, za czém wszyscy gonią,
Zwodzeni nadziejami, męczeni pogonią;