Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/382

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Spogląda na nią: obłęd w jéj spojrzeniu,
Jakby je w jakiemś utkwiła widzeniu!...
Stanęła — baczném nasłuchuje uchem:
Cichość dokoła! — kouwulsyjnym ruchem
W tył odrzuciła włosy, co po całéj
Twarzy i piersiach w nieładzie spadały:
Znać, że musiała nachylać się nizko,
Na jakieś straszne patrząc widowisko.
Zwraca się — wzrok jéj spotkał się z Konradem.
Cofnął się przed nią. Na jéj czole bladém,
Nad brwią — nieznaczna — któréj pewno sama
Dojrzéć nie mogła — jedna mała plama!
Ujrzał jéj barwę — mdłość mu wzrok zaćmiła,
Pojął, zgadł wszystko, to kropla krwi była!

X.

Bywał on w bitwach — w niewoli bezbronnéj
Czuł blizkie męki śmierci nieuchronnéj;
Wykraczał, cierpiał, i jeszcze nie zgadnie,
Czy to okucie z rąk jego opadnie:
Lecz nigdy bitwa, niewola, zgryzota,
Która nim kiedy miotała lub miota,
Żadne cierpienie w całéj swojéj sile,
Nie przeraziło, nie wstrzęsło go tyle,
Jako ta plama, ta kropla zbrodnicza!
W niéj zgasł mu urok pięknego oblicza.
Widok krwi nieraz męstwo w nim zagrzewał,
Lecz gdy ją w boju, mężczyzna przelewał!

XI.

„Stało się! — pójdźmy!“ — Porwał się był z trwogą.
„Lecz już się stało! — kosztujesz mi drogo!
Pójdźmy stąd, pójdźmy! — nie tu czas na słowa!
Patrz! dzień już świta — łódź czeka gotowa.
Kupione straże wnet za mną pośpieszą,
Wszyscy chcą z twoją połączyć się rzeszą.
Czyn mój w wolniejszéj uniewinnię porze,
Gdy już bezpieczni wypłyniem na morze“.