Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/383

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XII.

Klasnęła w dłonie: skryci, niedalecy,
Wbiegli jéj słudzy, Murzyni i Grecy,
Zdjęli okowy na rozkaz władczyni.
Znowu on wolny jak wiatr na pustyni!
Lecz w sercu jego taki smutek cięży,
Jakby z rąk na nie przełożono więzy.
Skinęła — drzwi się otwarły tajemne,
Wiodą ku morzu przez przejścia podziemne.
Wyszli za miasto, przyspieszają biegu,
Gdzie fala szemrząc srebrzy się po brzegu...
Konrad szedł zwolna, nie dba i nie bada,
Co go ma spotkać? swoboda czy zdrada?
Czuje, że opór na nic się nie przyda,
Jak gdyby jeszcze był w mocy Seida.

XIII.

Łódź czeka, wsiedli; rozdęły się żagle,
Pękł sznur, łódź w pianach zaryła się nagle,
I poszła z wiatrem. Cieszy się gromada!
Ileż tu wspomnień dla duszy Konrada!
Dumał sam w sobie, aż głaz nad zatoką,
Gdzie wysiadł na ląd, spotkał jego oko.
Ach! od téj nocy, on, choć czas tak krótki,
Wiekowe przeżył trwogi, zbrodnie, smutki!
I gdy cień głazu posępny, olbrzymi,
Sięgając łodzi, czernił się nad niemi,
On wzrok odwrócił, twarz płaszczem obwinął,
I stał dumając, aż ten cień przeminął.
Przypomniał wszystko, Gonzalwa, swą nawę,
Braci swych, tryumf, klęskę, więzy krwawe,
I onę, tkliwą, kochaną jedynie!...
Wzniósł wzrok, i ujrzał — Gulnarę, zbójczynię.

XIV.

Długo w milczeniu spoglądała z trwogą
Na odwróconą twarz, zimną i srogą.