Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XLVII.

Stoją jak wielkie, choć złamane, duchy,
Co między nizkie nie zejdą rozumy;
Puste — wiatr tylko przekrada się głuchy
I czarne chmury chodzą do nich w kumy.
I one miały czas młodości, dumy;
Proporce w górze, a dołem rycerzy;
Dziś w krwawych grobach zapaśników tłumy,
Prochem sztandary, które wiały z wieży,
I w zimne bastyjony taran nie uderzy.

XLVIII.

Tu, gdzie te mury, gdzie tych baszt ułamki,
Włada potęga śród swych żądz... Tu srogi
Dzierżył rozbójnik zbrojne swoje zamki,
Dumny, jak zastęp bohaterów mnogi,
Którzy kroczyli śród przeszłości drogi...
Dla tych najezdców cóż potrzeba było,
By ich wielbiono, jak owe półbogi?
Szerszego pola, kolumn nad mogiłą?
Z nadzieją wrzało męstwo w nich z tą samą siłą!

XLIX.

W ich pojedynkach, barońskich zapasach
Jakiéż odwagi zginęły dowody!
Miłość, swém godłem zdobiąca w tych czasach
Tarcze herbowe, dzieląca nagrody,
Żelaznych zbroic przeszywała lody.
Lecz nieraz w serce z tą żądzą się wkradła,
Która nieciła burzące niezgody:
Dla pięknéj pani wówczas baszta padła
Niejedna w tego Renu zmącone zwierciadła.

L.

Obfite wody rozpienionéj rzeki,
Błogosławieństwo dokoła lejecie!
Czar waszych brzegów zostanie na wieki,
Gdy wy ich, ludzie, zmienić nie zechcecie,
Jeżeli z płonnéj powierzchni nie zmiecie
Sierp waszych wojen tych zadatków chleba!...
Patrzeć na głąb tę, zda się, że po świecie
Ziemskim rozlały się błękity nieba,
Że Letą jesteś, Renie — bo czegóż ci trzeba?