Strona:Jerzy Bandrowski - Szkarłatna róża.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o architekturze dziwacznej, o ścianach, pokrytych całymi sieciami płaskorzeźb w kamieniu, w mrocznych głębiach tajemniczych miejsc świętych, strzeżonych przez setki potwornych, okrutnych bogów. To znów w głębi cudownych parków jak z bajki, gdzie poprzez szmaragdowe trawniki, po których pyszne swe ogony dumnie wlokę pawie, poprzez soczystą zieleń drzew, poza cichą taflą wody parkowego stawu, widać było pałac z białego marmuru, koronką rzeźbioną obramowany, lekki i jasny, jak dobry sen lub radosne westchnienie. To trwało jakiś czas, póki nie przekonano się, że ci przybysze z Zachodu nie ustępują najuczeńszym mędrcom, nie korzą się przed nimi, lecz podnieceni jakąś niezrozumiałą siłą, mają nad nimi taką wyższość ducha, że niemal im rozkazują. A gdy równocześnie pokazało się, że najrozmaitsze faktorie i stacje handlowe dążą do finansowego wyzysku ludności, podrażniona ambicja, połączywszy się ze słusznym oburzeniem na ciemiężących lud cudzoziemców, zmieniła się w nienawiść, która odruchowo zaczęła reagować prześladowaniem i pogromami. Jednakże i wtedy jezuici nie ustąpili, lecz ze zdwojoną gorliwością pracowali dalej.
W wielce kulturalnych Chinach, od dawna czczących naukę i mężów uczonych, misjonarzom jezuickim nie powodziłoby się źle, gdyby nie odrębność umysłowa Chińczyków, tak obca i niedostępna, że