Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niezawsze grzecznie, to prawda. Niejednokrotnie fale dobrze wytarzały go w piasku, bijąc nim o dno morskie, jak kłodą, ale bardzo często też prąd niósł go lekko i pewnie, tak że kamień leciał przez wodę jak ptak.
Zdarzyło mu się raz, że usiadł na „zweli“ czyli na krawędzi wielkiej „szurowej rewy“ (mielizny przed wielką głębią). Całe zbocze rewy i dno szuru najeżone było olbrzymiemi łbami, oblepionemi zielonym porostem. Łby te śpiewały:
— O, wędrowcze! Niechaj cię nie skusi szmaragdowa cisza i spokój tej zdradliwej zielenicy! Spójrz tylko na tę pochyłą rewę i miękki grunt — wszystko wymoszczone jest żywemi i tęskniącemi kamieniami. Jest to cmentarzysko żywych. Wędrowcy, jak i ty, dążyliśmy do tego bajecznego kraju, do tego nieodkrytego jeszcze kontynentu, któremu na imię „Dokądś“. Zmęczeni, daliśmy się skusić i wlecieliśmy w ten oto szur, w którym służymy za kolebki rybom. A gdzież jest nasze „Dokądś“? W słonecznych przestrzeniach, ocienione nieznanemi nam drzewami może tam gdzieś kwitnie, śmieje się i promienieje pod wielkim łukiem tęczy z trzema urwistemi skałami wolnej woli i z czapką wolności na najwyższym szczycie, opromienionym słońcem wschodzącem. Śnimy o tem, lecz nie