Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczenia zewnętrznego, jeszcze jedną wielką rzecz, mianowicie — oczyszczenie wewnętrzne i spokój myśli. Zapominając o swem minionem życiu, powoli wchodził w siebie. Narazie nic nadzwyczajnego tam nie znajdował, ale w każdym razie sprawiało mu to przyjemność. Żył sobie cicho i spokojnie.
Aż raz zerwała się burza, która zmąciła morze aż do dna. Głaz nic sobie z niej zrazu nie robił, podobnie jak człowiek, który słysząc wycie orkanu zimowego na morzu a leżąc w ciepłem łóżku, tem smaczniej zasypia, bo cóż mu na lądzie zrobić może ryk fal, i cóż on może pomóc statkom, ryczącym trwożnie i rzucającym w niebo jaskrawe rakiety? Od tego jest drużyna ratownicza i cała służba wybrzeża, która oto teraz pędzi na strąd, z działka strzela na tonący statek liną i łodziami ratunkowemi stara się wydostać na morze przez przybrzeżne rewy, chrapiące z wściekłości. On zaś szczelniej otuli się pierzyną i będzie spał, aż się spoci, a rano wszystko mu opowiedzą.
Ale tymczasem burza była znacznie sroższa niż zwykle. W morzu działo się coś takiego, że nawet kamień zaczęło podnosić. Z początku kiwał się i podskakiwał na miejscu, potem zaczął skakać niby olbrzymia ropucha, wreszcie coś go poniosło i — niosło.