Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wietrze, piły wodę i to bardzo mało, bo woda im szkodziła, sypiały wyłącznie w zimie, kiedy je śnieg przykrył, zresztą żyły wprawdzie powoli, ale spokojnie i nie niszcząc się, jak inne ruchliwsze stworzenia, którym się ogień w płucach pali.
Zdarzało się, że na górze pojawiali się goście.
Czasami bywali to ludzie. Jakiś chłopak okrętowy, który zapragnął szerokiego widoku z góry, kilka wesoło śmiejących się młodych rybaczek w odświętnych strojach i z różowemi twarzyczkami, rybak lub marynarz, pragnący w samotności o czemś podumać, przypadkowy przejezdny. Ale odwiedziny te zdarzały się rzadko, głównie ciepłą porą, i nie przynosiły nic ciekawego głazom. Cóż dla nich mogły znaczyć śmiechy i okrzyki dziewcząt i towarzyszących im chłopców? Cóż ich mógł obchodzić pełen zachwytu okrzyk chłopca, który po raz pierwszy z tak wysoka ujrzał nieobjęty, lśniący, słoneczny obszar morza, i wiszące. zdawałoby się, między dwoma niebami czy dwoma morzami, chyże statki lub okręty, biegające niby czółenko na krośnie. One patrzyły na to od wieków i patrzyły z takie m natężeniem, że aż im na skroniach żyły niebieskie wystąpiły. I cóż, że ten rybak czy marynarz z bronzową twarzą i sino tatuowanemi wielkiemi rękami, z głę-