Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czas lecieć! Czas lecieć! — powtarzała Mjewa, wierząc, że orła nie opuści, lecz razem z nim poleci.

Dokąd lecicie wy, ptaki? Dokądże szlaki napowietrznemi ciągniecie, prądami niewidzialnemi, wędrowce oceanów błękitnych? Co każe wam, istotki tak słabe i małe, puszczać się w loty po wichrach zuchwale? Kto każe wam na skrzydłach z wiotkich piór rzucać się w turniej między stada chmur, co wam, niebiańskie dzieci! dzieci! mówi, że pięknie, gdy się leci, leci... Ach! W glorjach zachodu i wschodu, wiecznie słonecznie, na wietrze w powietrze lecąc i świecąc, śmigając skrzydłami jak kosami, płyniecie — — — dokąd i poco? Dlatego że chmury się złocą?

Leci ptak na swój szlak!

Wiking siły odzyskał w znacznej części, ale niezupełnie, skutkiem czego nie mógł sam dla siebie zdobywać pożywienia. Albowiem orzeł, jeśli chce puścić się na łów, musi być silny naprawdę jak orzeł, nie zaś słabszy, bo wtedy na niego zaczynają polować. Trzeba było tedy siedzieć wciąż w lesie na Uswinie i żywić się tem, co przyniosła Mjewa, a co nie wystarczało. Zżymał się Wiking na swą