Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


opiekunkę, nic wiedząc nawet, że te liche kąski zbierała nieraz z narażeniem życia.
Bo oto chłopcy, znając dobrze miejsca, — w których morze wyrzuca na strąd martwe szprotki i śledziki, zastawiali w nich na głodne żerujące ptaki pułapki, zwane klepcami. Są to zmyślne, drewniane potrzaski z pętlą ze sznurka. Klepce zakopuje się w piasku nadbrzeżnym tak, że ptaki tych sideł dostrzec nie mogą, przyklepuje się piasek i równa się go ze strądem, a na wierzchu kładzie się dla przynęty szprotkę. Głodny ptak rzuca się na rybkę i zaczyna ją dziobać, skutkiem czego ukryta pod piaskiem chytra pętla ściąga się i albo mewę dusi, albo ją chwyta za nogi.
Znała się dobrze na tych sztuczkach chłop- ców Mjewa i dlatego nigdy w sidła złapać się nie dała. Była bardzo ostrożna, podejrzliwa i miała niezawodny ptasi instynkt. Teraz, gdy zbierając ryby, myślała więcej o swym królu niż o własnem bezpieczeństwie, kilka razy omal że w pułapkę nie wpadła.
Jednego dnia Wiking wysłał Mjewę na Mulmjerz dowiedzieć się, jak daleko do najbliższego kraju na południe, bo w tamtą stronę szedł jego szlak, a właśnie wiała silna briża nordowa, z którą mógł polecieć. Mjewa natychmiast pośpieszyła na Mulmjerz, ale trudno jej było zebrać potrzebne wiadomości, bo ciąg ptaków wędrownych już się skończył.