Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


fale podzwaniały zcicha drobnym śryżem, na którym mewy siadały, kąpiąc nóżki i zanurzając główki w czystej, zimnej wodzie.
Właśnie od zatoki płynęły ku Helowi pomarenki na wzdętych skrzydłach żagli, w blaskach wschodzącego słońca złotoczerwone. Woda była błękitna, a łodzie wyorywały w niej różowe brózdy. Cały świat jaśniał dobrotliwym uśmiechem łaskawego Stwórcy, który go znowu na białe światło wyłonił z czarnej nicości nocy. Pomarenki szły cicho, ludzi na nich prawie widać nie było. Wiatr był dobry, rybacy nie potrzebowali wiosłować. W ciszy błogosławionego, pięknego poranku zimowego wyraźnie słychać było pieszczotliwy szept fal i krzyki łabędzi, kaczek i mew, drgające radością życia i wdzięcznością.
Najradośniej i najgłośniej modliły się Bogu mewy, które tańczyły na wodzie i w powietrzu — rzekłbyś, baletniczki, wykonywające uroczysty, obrzędowy taniec. Więc jedne siadały na wodzie, trzepiąc skrzydłami tak prędko, iż wyglądały niby żywe srebrne kwiaty wodne, drugie krążyły tuż nad niemi, naśladując powietrzne pląsy motyli zalecających się do lilij, jeszcze inne wieńcem lśniącym Wzbijały się w powietrze i tak w niem tkwiły, podobne do migocącej korony. Zresztą — któż opisze, któż wyliczy wszystkie tańce