Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mew, tak pełnych życia i wiecznie ruchliwych. Są one bardzo liczne i rozmaite. Bo inaczej tańczą mewy, gdy w mancach pełno jest szprotów, które im hojnie w dosycie rybacy rzucają garściami, inaczej znów, gdy czują, że smaczne rybki te mają służyć na przynętę, któraby podprowadziła je pod muszkę skrytej za żaglami fuzji. Raz dzielą się na grupki, które sobie wzajemnie z wrzaskiem żer wydzierają, to znów szykują się przezornie w chmurę tak gęstą, lotną i ruchliwą, że rybak, choć celne ma oko, nie wie, którego ptaka wziąć na cel, i to przykłada policzek do kolby broni, to znowu strzelbę opuszcza, klnąc zcicha, podczas gdy mewy tańczą w powietrzu i głośno śmieją się z niego. A cóż dopiero, gdy ławice — lecz za dużo byłoby mówić o tem. Wróćmy raczej do naszej Mjewy i trzech jej sióstr.
Siedziały na wodzie z podniesionemi pięknie do góry głowami, radośnie i wesoło wykrzykując i w dwie pary tańcząc swój poranny kadryl. Uważały się za bezpieczne, bo widziały, że najbliższa łódź rybacka omija je, jakby ich nie zauważyła.
Był to jednak tylko manewr podstępny.
W tej właśnie, niby niegroźnej łodzi, znajdowało się dwóch rybaków-strzelców i dwie strzelby. Kiedy cztery siostry w najwyższem zachwyceniu głosiły światu wdzięcznie swój