Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go. Powiedziała mu, że to wszystko pochodzi z czytania głupich książek, wogóle z czytania, a wreszcie zwymyślała go.
Poczta i tym razem dał w siebie wmówić, że to wszystko było tylko przywidzeniem. Mgła, cisza leśna, opowiadania związane z uroczyskiem, jego własna wyobraźnia, podniecona czytaniem książek, niezawsze zrozumiałych — to wszystko mogło przywidzenie wywołać, tak samo jak za pierwszym razem. Przecie nieraz widział, gdy silniejszy podmuch wiatru mgłę rozbijał, jakie robiły się różne fantastyczne figury i bestje z jej strzępów. Zmartwiony i trochę zły na Anastazję za to, że go pozbawiła złudzenia, poszedł na piwo pod „Łososia“.
Nie było tam nikogo, prócz oberżysty, jego żony i dwóch młodzieńców, którzy pracowali w oberży. Jeden z tych lorbasów nazywał się Anton, drugi Paweł. Oba te gołowąsy były nad wiek swój wyrosłe i mocne. Stare buksy, bo na nowe stać ich nie było, sięgały im już niemal do połowy łydek, a z krótkich rękawów żakirtów wystawały czerwone mocne przedłokcia. Praca ich w oberży nie była ciężka. Nabijali piwo w piwnicy, wyjeżdżali czasem do lasu po chróst lub drzewo i wogóle spełniali różne drobne przysługi, przyczem Tuna, lorbas wielce muzykalny, grywał podczas muzyki na basie, obaj zaś,