Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z lasu wyjdzie lub coś dziwnego na tor wyskoczy. Spodziewaj się przygody, wierzył, że ujrzy tu jakieś nadziemskie zjawisko.
Spotkał go jednak zawód. Bór na uroczysku był zwykłym borem, szumiał jak i inne, kręte wąwozy i pagórki na wydmach wyglądały tak samo jak gdzie indziej, wogóle nic tu nadzwyczajnego nie było, prócz może niesamowitego jakgdyby falowania powietrza w ciszy. Czasami zdawało się poczcie, że nawet ta cisza jest niesamowita, ponieważ jednak nic się nie działo, poczta do tej ciszy przywykł i po pewnym czasie, przechodząc koło uroczyska, nie myślał o niem nawet. Stało mu się tak pospolite i codzienne, jak wogóle cała droga, która mu się już znudziła. Jedyną odmianę stanowiła pogoda. W piękny czas szło mu się dobrze, w niepogodę klął. Siedm kilometrów w jedną stronę, potem miłe domki cichej wioski między dwoma morzami, uśmiechy po chałupach, radosny błysk oczu, odrobina tego ludzkiego serca - tak, to była istotnie radość! — i znowu siedm kilometrów zpowrotem. Poczta tak do tego przywykł, że gdy puszczał się w drogę, nie myślał o niczem, jak tylko o ludziach, których miał nawiedzić. Ale raz — było to w czas straszliwej zamieci śnieżnej — zdarzyło się przecież coś, czego poczta w żaden sposób nie mógł zrozumieć. Śnieg walił tak gęstą masą, że o kilka