Strona:Jerzy Bandrowski - Bajki ucieszne.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nie wytrzymam! Ej! zdrów-eś! Chyba uwiąd starczy,
Ten cię złamie, bo zresztą — zdróweś, jako ryba.
Zbyt kłopotów do głowy nie przybierasz chyba —
Tak się zdaje! odpowie pierwszy — Wie, kto płacze,
Co go boli, a cóż stąd, że inni inaczej
O tem myślą. Zdrów jestem, prawda, lecz kłopoty
Od niedzieli wieczorem do przyszłej soboty
I od soboty wieczór do przyszłej niedzieli
Żrą, gryzą... Ot, siwizną włos mój już się bieli
I nigdy odpoczynku! Strapienia jak osy
Nad głową wciąż mi brzęczą! Takie moje losy!
— Jak osy! powiedziałeś — ten drugi zawoła —
Moja pszczółko! Miód zbieraj, w braku miodu piwo,
A ja ci o strapieniach historyę prawdziwą
Dla rozrywki opowiem. Zacznę od początku:
Miałem do pcheł nieszczęście; gdzie jakiemu pchlątku
Przywidziało się tylko poszukać potrawy.
Jak bym pomiędzy niemi jakiejś głośnej sławy
Zażywał, wszyściusieńkie zbiegały się do mnie,
Przekazując pamiątkę mą, zda się, potomnie,
I, że ma krew im była dość dobra i słodka
Zawsze do mnie zbiegała się czarna hołotka.
Drapałem się, broniłem, jak mogłem — napróżno:
Niejednej wymyśliłem nawet męką różną,
By widokiem odstraszyć zmiażdżonego trupa.
Ja swoje — one swoje! gadaj do biskupa!

56