Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/77

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    musiał ani choroby symulować, ani w chorobę urojoną uciekać. Jasne?
    Monika: Przestańcie! Już nie mogę tego słuchać, chcecie mnie, zdaje się, zmusić, żebym zaczęła chodzić, jak małpa?
    Ksawery: Nie krępuj się, ostatecznie jesteś na swoim weselu. A pana nigdy nie boli kręgosłup?
    Raszewski: Raczej plecy, zwłaszcza przy zmianach pogody.
    Ksawery: Reumatyzm?
    Raszewski: Właśnie.
    Być może Monice się przypomni: skąd to masz? — pyta, gdy pod palcami, muskającymi barczystą nagość męskich pleców, wyczuje chropowate zgrubienie skóry, on: co? ona: strasznie tego dużo, on: hitlerowcy nie oszczędzali amunicji, ona: byłeś ranny?, on: gdyby nie twój ojciec, nie leżałbym przy tobie, tylko zupełnie gdzie indziej i od dawna, ona po chwili: żartujesz, on: dźwigał mnie na plecach nieprzytomnego kilka kilometrów, ona: nie? nie mogę sobie wyobrazić, żeby mego papę stać było na coś podobnego, on: byłem wtedy szczupły, tego też pewnie nie możesz sobie wyobrazić, ona: nie muszę, jesteś cudowny!
    Natomiast Ksawery, czując, że sytuacja rozpływa się w nijakiej /oportunistycznej?/ ugodowości, jeszcze raz pozwoli się zagarnąć natarczywej, nieomal zmysłowej potrzebie wychylenia się. Naleje zatem szampana do kieliszka, i powie:
    — Przy tego rodzaju dolegliwościach reumatycznych wiatry wschodnie bywają szczególnie dokuczliwe, prawda?
    Lecz tu, nim Raszewski zdąży odpowiedzieć, wyręczy go Panna Młoda.
    — Wstydź się — powie, odwołując się do najniższych, prawie kontraltowych rejestrów swego głosu, a delikatnie perłowa karnacja jej twarzy lekko pociemnieje. — On jest prawdziwym mężczyzną.
    — Nigdy w to nie wątpiłem.
    — Wolał cię zbyć reumatyzmem niż się chwalić, że całe plecy ma w bliznach po wojennych ranach. Oceń to, jak uważasz za właściwe.
    — Ach tak? — Ksawery na to. — Jesteś doskonale zorientowana w topografii pleców pana Raszewskiego.
    — Owszem, jestem! — Monika lekko odeprze atak. — Papa nie raz opowiadał, jak kilka kilometrów niósł pana Raszewskiego na plecach nieprzytomnego.
    — To naprawdę niepotrzebne, Moniko — odezwie się Raszewski.
    Monika gwałtownie:
    — Owszem, bardzo potrzebne, nie pozwolę, aby byle...
    Lecz dalsze jej słowa przytnie głośny, trochę histeryczny śmiech Ksawerego. Będzie to tego rodzaju śmiech, którego nie sposób pohamować, chwyta bowiem człowieka nagle i wbrew jego woli, wylewa się z piersi i z brzucha, jak gęsty krwotok, ciśnie się lepkim strumieniem do krtani i podobny nawiedzeniu, opętaniu lub atakowi epilepsji musi ofiarą potrząsać i targać, od samego początku obcy wesołości, natarczywy, bełkotliwy, dręczący. Tak więc Ksawery podobnym śmiechem przyłapany, odruchowo uwolni się od zawadzającego w tej sytuacji kieliszka, odstawi go na stolik, a sam zachłystując się spienionym chichotem przejdzie chwiejnie kilka kroków po niepewnej linii przypominającej pętlę, niezdarnie przy tym, jakby się opędzał przed rojem złośliwych szerszeni, wymachując rękoma... okropność, i jaki wstyd!
    Na szczęście zarówno Monika, jak Raszewski będą milczeć, trochę zaskoczeni, a pewnie i stropieni tą nieprzyzwoitą manifestacją byłego starszego asystenta przy katedrze historii filozofii współczesnej. Więc z braku nowych bodźców zewnętrznych