Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/76

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    A wie pan, co to jest kamptokormia?
    Tym razem Raszewski zachowa chyba postawę wyczekującą może co najwyżej ostrzegawczy chłód pojawi się w jego oczach i uprzejmy, rodzinny uśmiech zniknie z twarzy, co sprawi, że mimo fizycznej bliskości spojrzenie jego ogarniać będzie Ksawerego uważnie i czujnie, lecz z dystansu bardzo odległego. Wówczas Ksawery, może znów za wstawiennictwem opiekuńczych przodków, poczuje w sobie dreszcz siły, jaki musi odczuwać pogromca w obliczu niebezpiecznego drapieżnika. Jednym haustem, po polsku, wypróżni kieliszek i trzymając go w dłoni, jak buławę, powie:
    — Kamptes znaczy po grecku: krzywy, zgięty, a kormos: kadłub, tułów.
    Raszewski:
    — Domyślam się, że chodzi o terminologię naukową związaną ze schorzeniem kręgosłupa.
    Ponieważ słowo kręgosłup skojarzy się w umyśle Moniki z kręgosłupem ideowym, szybko zareaguje:
    — Mam nadzieję, że nie będziecie mówić o polityce. Ostatecznie, to jest moje wesele.
    Ksawery:
    — Wszystko jest polityczne, moja droga, twoje wesele też.
    — Brawo! — zawołał Raszewski — widzę, że młodsi adepci filozofii zaczynają rozumować prawidłowo. Więc co z tą, jak powiedziałeś? Kampte...
    — Kamptokormia. Czytałem niedawno w jednym ze specjalistycznych pism angielskich, że wśród młodych rekrutów amerykańskich, powołanych do wojska i przed wysłaniem do Vietnamu szkolonych w bazie lotniczej w Lackland, w Teksasie, zanotowano w ostatnich miesiącach kilkanaście przypadków szczególnego schorzenia. Dotknięci nim skarżą się na potworne bóle kręgosłupa, nie mogą się wyprostować i poruszają się, jak małpy, o tak!
    Wciąż z kieliszkiem, zegnie się i z wzrokiem wbitym w lustrzaną posadzkę, kołysząc opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma, a również trochę podekscytowany wizją młodych, półnagich żołnierzy, zademonstruje, jak chodzą owi amerykańscy rekruci. Niewykluczone, że i rysy twarzy się mu wykrzywią, jakby naprawdę straszliwie cierpiał.
    — Przestań! — wykrzyknie Monika — to okropne. Biedni chłopcy.
    Raszewski:
    — Nie dziwiłbym się, gdyby symulowali.
    — Ba! — na to Ksawery, już w pozycji normalnej — to byłoby proste. Ale oni wcale nie symulują. Wszystkie możliwe testy i zastrzyki na prawdomówność wykluczają symulację.
    — Więc są chorzy?
    — Zależy, co się przez chorobę rozumie. Kręgosłupy mają zupełnie normalne, tyle tylko, że się nie mogą wyprostować i naprawdę cierpią.
    Chyba w ex-sypialni Księcia Prymasa zalegnie cisza, więc bardzo wyraźnie dotrze "Sto lat", zaintonowane chóralnie fałszywymi głosami kilku mężczyzn w którejś z odległych sal.
    Ksawery z błyszczącymi oczami:
    — Jedynie pozycja leżąca, czy horyzontalna, jakby powiedział pan Settembrini, przynosi im pewną ulgę, natomiast gdy któryś z tych młodych rekrutów zostaje z wojska zwolniony, jego cierpienia i w ogóle wszelkie objawy chorobowe znikają. Ciekawe, prawda? Pan by, oczywiście, wolał, żeby to była symulacja?
    Raszewski: Jeśli cię interesuje, co ja bym w tym wypadku wolał, to ci odpowiem: wolałbym, żeby żaden żołnierz na świecie nie