Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/57

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Byłam wtedy bardzo młoda, zupełnie niedoświadczona, i naiwnie sobie wyobrażałam, że miłość musi być jednym, wielkim i nie kończącym się szczęściem.
    Na to Nagórski:
    — Gdyby tak miało być, w takim razie nigdy naprawdę młody nie byłem.
    I kto wie, czy nie pomyśli: może młodość dlatego tak mnie urzeka, i dlatego młodości szukam, iż łudzę się, że w niej znajdę...
    Celina Raszewska:
    — Pan przecież wciąż jest młody.
    — Trochę zmęczony.
    — Młodość chyba wcale nie znaczy to samo, co wiara. Wiara może być naiwna, jak moja kiedyś w wyidealizowaną miłość, albo...
    — Albo?
    — Młodość to jest przede wszystkim potrzeba poszukiwania, nie sądzi pan?
    — Nadzieja?
    — Chyba tak.
    — Mało jej dokoła.
    — Nie, nie, niech pan tak nie mówi, właśnie pan tak mówić i myśleć nie powinien. Ludziom potrzebna jest nadzieja.
    — Ba! wiele rzeczy ludziom jest potrzebne.
    — Panie Adamie, czy jedno rozczarowanie, nawet najboleśniejsze, może przekreślić wszystko?
    — Czytam właśnie od kilku dni, pani Celino, pasjonującą monografię Richarda Friedenthala o Goethem. Na niedługo przed wybuchem Rewolucji Francuskiej, w liście do mistycyzującego pisarza i pastora, Lavatera, napisał Goethe: "pod naszym moralnym i politycznym światem ciągną się podziemne korytarze, piwnice i kloaki".
    Wtedy Celina Raszewska powie po chwili nieco ciszej:
    — Wielu ludzi, panie Adamie, zdaje sobie z tego sprawę.
    I może się zdarzyć, że w tym ściszeniu głosu albo w towarzyszącym mu wyrazie oczu czy poruszeniu warg Adam Nagórski odnajdzie nagle twarz młodziutkiej Celinki, nawet jej drobną sylwetkę, tak wzruszająco podobną wówczas do sylwetki Elżbiety, i może jeszcze strzęp ciężkich drewnianych kloców, przerzuconych ponad białym i huczącym w dole potokiem, także zarys twarzy Elżbiety zamajaczy, być może, w ciasnej przestrzeni, aby szybko jak oddech, jak lot światła zniknąć, wówczas Celinę Raszewską z pewnością poruszy, również jakby z tamtego czasu tu nagle przeniesiony, ciepły i serdeczny akcent, jaki zabrzmi w jego głosie, gdy powie:
    — Droga pani Celinko, moje życie całkiem inaczej się układało niż życie pani i wielu pani bliskich i znajomych, moje zaangażowanie, jak się to określa, także w pewnym okresie miało charakter nieco inny, to była tylko jedna z moich życiowych racji albo po prostu ról podejmowanych i porzucanych, może więc i nie mam prawa mierzyć cudzych doświadczeń miarą własnych, wydaje mi się jednak, że od najcięższych rozczarowań stokroć trudniejsze i wyniszczające człowieka jest poczucie bezsilności.
    I to byłoby chyba wszystko, co z okazji tak niespodziewanego spotkania po trzydziestu kilku latach i w sytuacji tak pod każdym względem odmiennej będą sobie mieli do powiedzenia, bowiem oboje zdadzą sobie z pewnością w tym momencie sprawę, na jak zawiłe i śliskie tory zaprowadzić by ich musiał dalej w tym duchu prowadzony dialog, może ona jeszcze powie:
    — Takim ludziom, jak pan, nie wolno mówić o bezsilności. Pan może nawet nie zdaje sobie sprawy, panie Adamie, jak wielu