Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/41

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    W głębi sali z niebiańską kopułą z gwiazdami u szczytu, przy stole z trunkami, Stefan Otocki, Beata Konarska oraz Łukasz Halicki.
    Stefan Otocki /ogromny, zwalisty, z twarzą tapira/:
    — Dzieci, ona ma siły kosmonauty, ta Ferens!
    Beata Konarska /drobna, z bardzo jasnymi włosami opadającymi na ramiona, podłużne, zielonkawe oczy/:
    — Myśli pan, dyrektorze, że poleci na księżyc?
    Stefan Otocki:
    — Daj wam, Boże, takie siły na stare lata, moje dziatki.
    Łukasz Halicki /wysoki, wysportowany brunet/:
    — Nie damy rady, panie dyrektorze, my jesteśmy sfrustrowani, szybko wysiądziemy, sumienia mamy wilgotne.
    Beata:
    — Buty mnie bolą.
    Łukasz:
    — Pan rozumie, panie dyrektorze, nic się nie dzieje spontanicznie i przyszłość nie rodzi się automatycznie.
    Beata:
    — A mnie życie obrzydło, słońce mi obrzydło, czuję się, jak w beczce nabitej gwoździami.
    Otocki:
    — To wszystko głupstwa, moje dziatki! Nie martwcie się, ja z was zrobię wielkich aktorów.
    Łukasz:
    — A co by pan zrobił, panie dyrektorze, gdyby pan miał milion dolarów?
    — Milion?
    — Też nie wiem, może bym muchy głodził między oknami? — — —

    Leopold Panek:
    skoro prezes Panek, opuszczony przez Adama Nagórskiego, zostanie sam i w bliskim sąsiedztwie trójki: Otocki, Beata Konarska oraz Łukasz Halicki, jeszcze się wzmocni paroma koniakami /a chyba to uczyni/, wówczas w blasku kryształowych żyrandoli, w tłumie i w gwarze, naraz się znajdzie — być może — w małej i już pustej o tej późnej wieczornej godzinie salce taniej mleczami przy placu Teatralnym /teraz w tym miejscu stoi nowoczesny blok, w którym mieszka Konrad Keller/, za oknem śnieg i mróz, siedzą przy stoliku na wprost siebie, on w cienkim paletku z Kercelaka, duże i zsiniałe z zimna dłonie chowając pod marmurowym blatem stolika, ona w brajtszwancach z szerokim kołnierzem skunksowym, obca i daleka, prawie nieosiągalna w pochmurnej, gniewnej urodzie, milczą oboje nad szklankami stygnącej herbaty, a w obrotowe drzwi wejściowe wplątuje się akurat człowieczek w podniszczonej bekieszy, o twarzy smutnego gryzonia wyłaniające się mizernie spod wymiętego kapelusika, jest tak pijany, iż ledwie się na nogach trzyma i skoro raz wprawił w ruch owe zdradzieckie drzwi wejściowe, już się nie może z ich coraz szybszego obrotu wyśliznąć, nie może ani do wnętrza wejść ani na ulicę wyjść, i tak dobrych kilka minut kołuje w tym zamknięciu ogłupiały, z przerażeniem w szklistych oczach, drobnymi rączkami wykonując niedokończone gesty, aż wreszcie, prawdopodobnie przypadkiem, silniejsze zachwianie się wyrzuca go na ulicę, na zaśnieżony i pusty trotuar, i tam, jakby się ostatecznie poddał niewidzialnej sile, jeszcze chwilę obraca się wokół własnej osi drobnymi kroczkami, mówi półgłosem: panno Zosiu, chce pani zostać moją żoną?, i po chwili milczenia Zofia mówi z odległej przeszłości, przy stoliku mleczarni "Nad-