Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/40

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Twoi słuchacze go nie słyszą.
    — Ale ja go słyszę, Adam. To wystarcza. Nie widziałeś Aima?
    — Poszukać go?
    — Chciałabym już wrócić.
    — Zawołam go zaraz.
    — Nie, po co? Niech się bawi.
    — O ile się nie mylę, młodzież okupowała bar w piwnicy.
    I nie jest wykluczone, że przyjdzie mu w tym momencie myśl całkiem prawie niedorzeczna, że któryś z młodych przywiózł ze sobą Nike. Więc poblednie, lekkie pulsowanie serca poczuje w krtani i chociaż będzie wiedział, że niezupełnie może być pewien swego głosu, powie:
    — Jeżeli byś miała ochotę, możemy zejść razem. To może być zabawne.
    Na to Halina Ferens, jakby się znalazła na estradzie wobec szczelnie wypełnionej widowni, lekkim i trochę niecierpliwym gestem odrzuci głową do tyłu i w tej postawie zastygnie, ponieważ głęboki ukłon, jaki dopełniał zazwyczaj ten inicjujący gest, tu, w rozmowie intymnej, nie znajdzie zastosowania, pozostanie zatem w tej pozie trochę nienaturalnej dzięki niedokończeniu i powie o wiele za głośno, jakby w osobie znakomitego pisarza miała przed sobą nie kuzyna, lecz rozległą salę koncertową:
    — Zabawne? Myślisz? Obawiam się, że tylko dla nich.
    A po chwili już zwyczajnie, chyba nawet z akcentem serdeczności:
    — Nie, kochany, co cesarskie, zostawmy cesarzowi, a co boskie, Bogu.
    Natomiast Nagórski, wciąż niedorzeczną nadzieją usztywniony, więc trochę bez sensu:
    — Cóż my wiemy o bogach?
    — Twój Leonardo z Ostatniej godziny...
    — On też nie wiedział, może nawet mniej w tej materii wiedział niż inni. Tak już zdaje się jest, Halinko, że im więcej wie człowiek o życiu, tym mniej w nim rozeznania w miłości, czy, jak ładnie powiedziałaś, w sprawach boskich. Natura jest przewrotna i lubi się manifestować poprzez gwałtowne skrajności, lecz w istocie natura zawsze dąży do równowagi i gdy bywa dla człowieka szczodra aż w nadmiarze, bogacąc jego umysł i świadomość, bierze równocześnie zawistny, a może po prostu roztropny odwet, mącąc intymną kondycję wybrańca służebnym rozkładem, ba! nawet zawstydzającym niewolnictwem.
    — Nie wiem, Adam...
    — Ja też wielu rzeczy nie wiem.
    — Nie wiem, czy mogę ci to powiedzieć.
    — Że mówię, jak zakochany?
    Spadkobierczyni międzynarodowej glorii, uświęconej nazwiskami Patti, Melby, Sembrich-Kochańskiej i Callas, z pewnością roześmieje się w tym momencie bardzo głośno i bardzo szczerze, jakby to była dziesiąta rano i w jej paryskim mieszkaniu na avenue Marceau, Aimo Immonen, w zgniło-zielonym golfie i w dżinsach z czarnego sztruksu, ale bosy siedział przy fortepianie, a ona lekkomyślną i przewiewną, poranną tkaniną owinięta od ramion aż po stopy, z głową lekko do tyłu przechyloną, lecz spod czujnie wpółprzymkniętych powiek /trochę obrzmiałych/ dostrzegając nagość tych młodzieńczych stóp, których kształt oraz gatunek skóry poznały na pamięć jej wargi, wyrzuciła z nie dość jeszcze po nocy rozluźnionego gardła pierwszą partię przedćwiczebnych tonów — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —