Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/37

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Niestety z klepaniem zwykle tak bywa, panie prezesie.

    Halina Ferens-Czaplicka i Adam Nagórski.
    — Jestem.
    — Nie gniewaj się...
    — Ależ skąd! przeciwnie, jestem ci wdzięczny, marzyłem, żeby skończyć tamtą rozmowę.
    — Polityka, jak zawsze u was?
    — Gorzej, wspomnienia.
    — Przykre?
    — Głupie.
    — Więc przykre.
    — Prawdziwe. Jak się bawisz?
    — Wiesz, przed przyjazdem tutaj byłam u mamy pożegnać się.
    — Dawno nie byłem u twojej mamy, nie jestem dobrym bratem. Jak się czuje?
    — Fizycznie chyba nieźle. Ale odniosłam wrażenie, że ona w ogóle nie pragnie ludzi widywać, nawet najbliższych.
    — Myślisz?
    — Nie wiem, może się mylę, tyle lat się nie widziałyśmy. Przyniosłam jej adapter i kilka moich najlepszych nagrań, leżały tam, gdzie je położyłam, adapter też nienaruszony. A kiedyś, pamiętam, bardzo lubiła muzykę. I mój śpiew też lubiła. Jedyny człowiek, o którym mówi z ożywieniem, to profesor Wnuk.
    — To zrozumiałe, Halinko. Ostatecznie Wnuk, żeby zebrać i wydać twórczość Krzysztofa poświęcił wszystkie swoje najlepsze umiejętności, nawet coś więcej, bo serce, a serce uczonego, wiesz, co to jest serce profesora?
    — Ja to rozumiem, kochany, ale trochę było mi przykro. Dla mamy czas się zatrzymał ze śmiercią Krzysia. Dla niej Krzyś jest wciąż młodziutkim chłopcem.
    — Dziwisz się? Pamiętasz, kiedy spotkaliśmy się w Rzymie w czterdziestym ósmym roku, opowiadałem ci dużo o Krzysztofie i jak bardzo go w czasie okupacji pokochałem.
    — Pamiętam.
    — Myślę, że on dla mnie też miał wiele najlepszych uczuć. Chyba też mnie po swojemu kochał. I popatrz, nigdy nie byłem na Powązkach na jego grobie. I żadnego wspomnienia nie napisałem i nie napiszę.
    — Czemu to mówisz?
    — Powiedziałaś, że dla twojej mamy pozostał chłopcem.
    — Ja też nie mogę sobie wyobrazić, że gdyby Krzyś żył, miałby teraz prawie pięćdziesiąt lat.
    — A widzisz! O której masz samolot?
    — Wcześnie, ósma z minutami.
    — Szkoda, że cię tu mieliśmy tak mało.
    — Muszę, we wtorek śpiewam w Hamburgu.
    — A potem?
    — Oslo i Helsinki.
    — I dalej?
    — Na razie nie ma dalej. Nie wiem, może się zabiorę do pisania pamiętników.
    — Już ci to mówiłem parę razy, Halinko, ale wczoraj wieczorem naprawdę śpiewałaś cudownie. Chyba jeszcze lepiej, a może po prostu bardziej wzruszająco niż kiedy cię słyszałem w Rzymie. Nigdy nie zapomnę twoich Pieśni Wędrowca, zwłaszcza tej czwartej o niebieskich oczach.

    — — — — — — po wtorkowym recitalu 15 kwietnia, w piątek dru-