Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/36

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Nie pamięta pan, panie Nagórski?
    — Niestety.
    — Pan miał rację, bo to faktycznie była partnerka nie dla mnie. Pan miał rację, że pan mi położył rękę na ramieniu.
    — Jeśli istotnie tak było, jak pan mówi, panie prezesie, chyba racji nie miałem. To nie było zbyt uprzejme.
    — Panie Nagórski, co się będziemy po tylu latach bawić w uprzejmości? Starczy, że panu mówię, że pan miał rację. A wie pan, czemu pan miał rację?
    — Słucham.
    — Dziewczyna, z którą tańczyłem, nazywała się panna Wanert.
    — Alicja?
    — A ja byłem w czarnym pożyczonym garniturze i rękawy miałem za krótkie i koszulę przynajmniej o dwa numery za dużą.
    — To było w towarzystwie?
    — Pan był we fraku, wszyscy panowie studenci byli we frakach albo w smokingach. Bal Politechniki.
    — Rzeczywiście czasy prehistoryczne.
    — Dla mnie tylko historyczne, a ja historię dobrze pamiętam.
    — Cóż, jeśli po tylu latach znaczy cokolwiek przeproszenie..
    — Teraz pan sobie przypomniał, że mi pan położył rękę na ramieniu?
    — Niestety, bardzo mi przykro, ale nie.
    — Widzi pan, a ja pamiętam! Bo to pan położył mi rękę na ramieniu, a nie ja panu.
    — Słusznie. Ale, jeśli jak pan mówi, rzeczywiście popełniłem ten gest niezbyt uprzejmy i położyłem panu rękę na ramieniu, może usprawiedliwi mnie trochę fakt, że Alicja Wanert była wówczas moją narzeczoną.
    — A, i pan był zazdrosny o mnie, panie Nagórski!
    — Wkrótce potem Alicja została moją żoną. Naprawdę, bardzo dawne czasy.
    — No, widzi pan, panie Nagórski, jak się to wszystko jedno z drugim albo łączy albo nie łączy. Pan mi położył rękę na ramieniu, pan był we fraku, pan się ożenił z panną Wanert...
    — Dość szybko się rozeszliśmy.
    — A ja u jej ojca, wielkiego przemysłowca, pana Karola Wanerta...
    — Karol Wanert był stryjem Alicji.
    — Wszystko jedno. A ja u jej stryja, wielkiego przemysłowca, pana Karola Wanerta, głupiej posady za trzysta z czymś złotych nie mogłem dostać, choć miałem dyplom magistra chemii w kieszeni i dziury w butach. Pan miał rację, panie Nagórski, że mi pan położył rękę na ramieniu.
    — Jeśli pan tak uważa.
    — To nie ja uważam, to jest obiektywna prawda historyczna.
    — Jeśli tak, to muszę stwierdzić, panie prezesie, że ma pan teraz tę wyższość nade mną sprzed trzydziestu kilku lat, że gdy pan kładzie obecnie ludziom rękę na ramieniu, są to gesty w duchu jak najbardziej demokratycznym.
    I chyba po tej kwestii znajdzie sposobność, aby rozejrzawszy się po sali powiedzieć:
    — Przepraszam, panie prezesie, ale właśnie widzę, że pani Ferens-Czaplicka przywołuje mnie niecierpliwie.
    — Ta słynna śpiewaczka?
    — Właśnie. Zresztą doić bliska moja kuzynka.
    — Ba! my teraz z panem też jesteśmy poniekąd rodziną. Nie wiedział pan, panie Nagórski, kogo pan poklepywał.